Libertariański głos za otwartymi granicami – polemika z Jakubem Wozinskim

Czytając felieton Jakuba Wozinskiego, broniący postulatu zamknięcia granic przed muzułmanami, miałem wrażenie, że jego autor rzeczywiście zetknął się z dość kiepskimi argumentami libertarian opowiadających się za otwartymi granicami (ewentualnie wybrał te argumenty, z którymi łatwiej było się rozprawić).

Postanowiłem zatem odpowiedzieć na ten tekst, odrzucając argument, do którego w największym stopniu odniósł się pan Wozinski („mienie administrowane przez państwo jest niczyje”). Celem mojej polemiki jest libertariańska obrona otwartych granic, odwołująca się do innej argumentacji, oraz zwrócenie uwagi na te argumenty p. Wozinskiego, które nie mają moim zdaniem solidnych podstaw.

Administrowane przez państwo mienie nie jest niczyje. Zagospodarowane dobra, które kontroluje państwo – w tym ziemia oraz zbudowane na niej drogi – zostały skonfiskowane komuś, kto je wcześniej zagospodarował, lub pierwotnie zagospodarowane przy pomocy zrabowanych środków. Mienie to należy zatem przywrócić ofiarom tych rabunków. Jednak nie każdy skrawek „państwowej” ziemi i nie każdy centymetr granicy państwa można uznać z libertariańskiego punktu widzenia za mienie, ponieważ nie wszystko zostało zagospodarowane.

Zgodnie z zasadą pierwotnego zagospodarowania stwierdzamy zatem, że niezagospodarowana ziemia jest niczyja – przynajmniej do momentu, aż ktoś ją zagospodaruje. Co za tym idzie, roszczenia państwa do niezagospodarowanych ziem są bezzasadne – podobnie jak pozostałe roszczenia państwa, ale tym razem z innego powodu: ta ziemia jest aktualnie niczyja i w przeciwieństwie do faktycznego mienia nie stanowi przedmiotu własności, która powinna być przywrócona ofiarom państwowych rabunków.

Idąc dalej tym tokiem myślenia, zauważamy, że argumenty p. Wozinskiego odnoszą się jedynie do „państwowych” dróg lub innych zagospodarowanych terenów, które łączą się z granicą okupującego nas państwa. Z libertariańskiego punktu widzenia nie można zabronić nieagresywnym jednostkom przekraczania granicy w niezagospodarowanym miejscu.

Ale co dalej? Co by było, gdyby państwo zrabowało obywatelom pieniądze, by przezornie zagospodarować każdy centymetr swojej granicy?
Na początku należy zauważyć, że wśród osób, którym należy się przywrócenie własności administrowanego przez państwo mienia, są zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy przyjmowania na „państwowe” terytorium imigrantów. Czyje zdanie jest w takim razie wiążące?
Całkowicie zgodna z libertarianizmem jest tu tylko zasada jednomyślności. W libertariańskiej społeczności grupa osób może zarządzać wspólnie mieniem na dowolnych zasadach, na które wszyscy członkowie tej grupy się zgodzą. Może to być demokracja pośrednia, płynna lub bezpośrednia, może to być nawet jakaś jej wariacja, otwarcie wprowadzająca znaczne nierówności pomiędzy członkami tej grupy (np. pozbawienie mężczyzn prawa głosu; nadanie głosom wagi: mój jest równy dziesięciu waszym głosom; itp.), można też wprowadzić zupełnie inny model decyzyjny. Ważne jednak, by wszyscy członkowie grupy go zaakceptowali – wtedy mamy jednomyślność.

W obecnej sytuacji o jednomyślności nie może być mowy. Zwolennicy otwartych granic nigdy nie godzili się na wspólne administrowanie „państwowym” mieniem ze zwolennikami ograniczenia imigracji – i vice versa.

Zauważmy, że właściciel terenu może zarówno wpuszczać wszystkich gości, selekcjonować ich lub odmówić każdemu wejścia na swoją własność. Wszystkie te stanowiska są zgodne z libertarianizmem, zatem zarówno głos p. Wozinskiego, jak i głosy zwolenników otwartych granic byłyby uprawnione, gdyby najpierw wszyscy jednomyślnie przyjęli jakiś model podejmowania decyzji w zarządzaniu „państwowym” mieniem. Byłby to zatem spór o preferencje w zarządzaniu swoją lub wspólną własnością, więc przyjmowanie dowolnego stanowiska nie musi dyskwalifikować nikogo jako libertarianina. Ewentualne problemy mogą wynikać z tego, co ktoś ze swoim stanowiskiem robi – czy nie naruszy w swoich praktycznych działaniach wolności innych osób lub nie wejdzie w kolaborację z państwem.

Libertarianie mają zatem spory problem – czy i jak uczestniczyć w zarządzaniu mieniem „państwowym”, wiedząc, że nie ma w tym przypadku mowy o jednomyślności prawowitych współwłaścicieli. Do podobnej kwestii odniósł się Murray Rothbard w artykule „Konfiskata a Zasada Zadomowienia”.

Przytoczę pewien fragment jego rozumowania (tłumaczenie: Jędrzej Kuskowski):

„Załóżmy, dla przykładu, że A ukradł B konia. Nagle przychodzi C i odbiera konia A. Czy można nazwać C złodziejem? Z pewnością nie, nie możemy nazwać przestępcą kogoś, kto ukradł od złodzieja. A wręcz przeciwnie, C dokonał szlachetnego czynu konfiskaty, gdyż pozbawił złodzieja A owoców jego przestępstwa i agresji i przynajmniej przywrócił konia z sektora „kryminalnego” niewinnemu sektorowi „prywatnemu”. Oczywiście jeszcze lepiej by było, gdyby oddał konia B, pierwotnej ofierze. Nawet jeśli tego jednak nie zrobi, bardziej sprawiedliwym jest koń w rękach C niż w rękach A, złodzieja i przestępcy”.

Zastosujmy podobne rozumowanie w naszej sytuacji – państwo (A) zbudowało za pieniądze zrabowane obywatelom (B) drogę docierającą do swojej granicy. Na tę drogę za pozwoleniem lub bez pozwolenia państwa (to niezbyt istotne, ponieważ państwo nie ma prawa zarządzać tą drogą) wkracza imigrant (C). Nasuwa mi się teraz następująca parafraza wniosku Rothbarda:
Oczywiście lepiej by było, gdyby C spytał każdego z obywateli B, czy może wejść na jego prawowitą własność. Nawet jeśli tego jednak nie zrobi, bardziej sprawiedliwa jest droga pod stopami C niż pod zarządem A, złodzieja i przestępcy.

Oczywiście nie trzeba się zgadzać ze wszystkim, co napisał Rothbard, trudno go jednak nazwać „libertariańskim sekciarzem”.

Moje ostatnie wątpliwości będą już rozwinięciem pytania o model decyzyjny, pozwalający ustalić, czyj głos w sprawie administrowanego przez państwo mienia jest wiążący. Moim zdaniem przyznanie tego prawa przedstawicielom państwowej władzy to najgorsza możliwa odpowiedź – a do tego sprowadza się postulat kontrolowania granic przez państwowych funkcjonariuszy. Już bardziej rozumiałbym inne zachowanie tych spośród prawowitych współwłaścicieli zagrabionego przez państwa terenu, którzy sprzeciwiają się wpuszczaniu nań imigrantów. Otóż mogliby oni sami dążyć do kontroli nad tym terenem i robić to, czego domagają się od służb granicznych (lub zorganizować w tym celu najemników) – to podejście, choć ryzykowne, byłoby bardziej zgodne z libertariańskimi wartościami oraz postulowaną przez p. Wozinskiego strategią secesjonistyczną.

Skoro żaden model decyzyjny nie został jednomyślnie przyjęty, prawowici współwłaściciele mogą podzielić się na sojusze, z których każdy będzie starał się egzekwować swoje stanowisko. Zaznaczam, że nie jest to mój wymarzony obrót spraw, ale w sytuacji, w której nie ma strategii jednoznacznie zgodnej z libertariańskimi wartościami (o czym sam p. Wozinski napisał na początku swojego felietonu), takie zachowanie osób, których preferencji nie podzielam, wydaje mi się bardziej akceptowalne. Kolaboracja z państwem i postulat powiększenia sprawowanej przez nie kontroli (a co za tym idzie – jego władzy) są natomiast zdecydowanie sprzeczne z libertarianizmem.

Na koniec mam pytania do p. Wozinskiego oraz innych libertarian opowiadających się za zamknięciem granic. Czy wkroczyliście kiedyś na terytorium jakiegoś państwa, innego niż ojczyste? Jeśli tak, to jak usprawiedliwicie takie zachowanie?
Moim zdaniem problem sprowadza się do przyjęcia optymalnego (najmniej niezgodnego z libertarianizmem) modelu zarządzania zagrabionym przez państwo mieniem. Jeśli libertariański przeciwnik otwarcia granic wkroczył na teren, którego prawowitymi współwłaścicielami są ofiary innego państwa, musiał to zrobić wbrew swoim własnym zasadom lub w jakiś konkretny sposób się do nich zastosować. Jakie zatem dokładnie są to zasady? Czy spytał każdą ofiarę odwiedzanego państwa o zgodę? Czy przeprowadził wśród nich głosowanie? Czy wybrał jakąś grupę, której decyzja jest według niego wiążąca? Jeśli tak, to czy tą grupą byli funkcjonariusze tego państwa?

Uprzedzając jedną z możliwych odpowiedzi, dodam, że niezadowalające jest stwierdzenie, że „ja mogłem wkroczyć na teren administrowany przez obce państwo, bo nie jestem muzułmaninem”. Byłoby to ewidentne przypisanie własnych preferencji innym osobom – prawowitym współwłaścicielom odwiedzanego terytorium.

Libertarianin postulujący otwarcie granic może odwiedzać inne państwa, nie popadając w hipokryzję. Libertarianin postulujący kontrolę imigracji, aby uniknąć tego zarzutu, powinien przynajmniej doprecyzować swoją koncepcję, podając sprawiedliwy model decyzyjny zarządzania „państwowym” mieniem, który pozwala mu z jednej strony dążyć do realizacji swojego poglądu w ojczyźnie, a z drugiej przemieszczać się na terytoria kontrolowane przez inne państwa, bez naruszenia praw tamtejszych podatników o analogicznych poglądach.

Czekam na to doprecyzowanie.

Bartek Dziewa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s